Kartka z kalendarza

Od kilku tygodni w sieci (i ogólnie w mediach) bombardują nas tematem postanowień noworocznych. Przyjęło się, że przełom roku skłania do podsumowań, wywlekania plusów i minusów, wyliczanek, co się udało, a co padło trupem, i oczywiście -w punkcie kulminacyjnym- zobowiązuje niejako do wyznaczenia sobie ścieżki na Nowy Rok, która ma nas zaprowadzić na szczyty sukcesu i ogólnej szczęśliwości, z deadline’m w dniu 31 grudnia. Szczególnie obecny przełom roku był niesamowicie bogaty w publiczne podsumowania blogerów, marketerów internetowych, coachów itd., czego dowodem są masowe posty blogowe, wpisy na fanpejdżach, nie mówiąc o ilości newsletterów „w temacie”, trafiających do skrzynek mailowych.

Czy to źle, że takie podsumowania i „publiczne planowania” mają miejsce? Nie, jeśli dla osób czytających staje się to motywatorem i kołem napędowym do działania na zasadzie: „Kurde, skoro jej / jemu się udało, to mi przecież musi się udać pięć razy!”… Ale… Czy to dobrze? Nie, jeśli dla innej, słabszej osoby „pasmo sukcesów idola” staje się kopaniem leżącego, który myśli: „Rany, przecież mi piętnastu żyć nie starczy, żeby osiągnąć chociaż połowę z tego!”… Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Czy w takim razie postanowienia noworoczne to ściema?

Tak, ponieważ stawia się ludzi pod ścianą czasu!
„Yyyy, ta i tamta blogerka napisała, że chce w Nowym Roku to i tamto, a do czerwca to nawet kupi sobie dom i wyjedzie na wczasy w tropiki, i zarobi kilkadziesiąt tysięcy, to ja muszę sobie postanowić, że zrobię……. (i tu pada długa lista „muszę”, „powinnam”, „wypada”, „jest w modzie”, „inni robią, to ja też”)… Nacisk medialny w postaci wszelkich kursów, webinarów, live’ów, e-booków, grup na facebooku, krzyczących: „Z Nowym Rokiem musisz wyznaczyć sobie cele, postanowienia, a ja powiem ci, jak to zrobić, bo jak nie, to cofniesz się o sto lat” jest tak wielki, że wszyscy (a najczęściej my, kobiety), zaczynają kręcić się, jak chomiki w kołowrotku, tracąc czas na kilkanaście spotkań online, po których mają totalnie wymieszane w głowach (chociaż pozornie wydaje się, że właśnie te spotkania im „poukładały”), rozpisywać sobie w kalendarzu (przepraszam, w planerze) zadania i cele na calutki rok, nie zapominając o imieninach, urodzinach, kawie z teściową, saunie, Wigilii w korpo, spotkaniach z trenerem personalnym, zakupach ze stylistką, szczepieniu psa (na to znalazła się raptem godzina 15 maja po południu, więc Boże broń, jeśli u weta spędzisz dwie godziny, bo rozpieprzy się Twój cały plan na ten dzień i będziesz musiała przełożyć coś na 16 maja, a tam masz już przecież cały dzień zaplanowany od A do Z, więc znów dupa!)… Uff!!! Ty ledwie dałaś radę w ubiegłym roku, a tutaj od 1 stycznia tyle planów, że kalendarz… tfu! planer… zapisany drobnym maczkiem, a jeszcze przecież trzeba wpleść „nowe postanowienia”! Jak nie robisz nic nowego, to się nie rozwijasz! Myślisz sobie: „Kurde, Maryśka zapisała się na chiński, to może z nią pochodzę. Znam już cztery języki, chiński po kij mi potrzebny, ale we dwie raźniej i mój mózg nie zgnuśnieje. W podsumowaniu roku będę mogła napisać, że nauczyłam się chińskiego! Tylko gdzie tu wcisnąć te trzy godziny w tygodniu? Może będę wstawać o 4. rano, żeby ugotować obiad, a popołudnie przeznaczę na te lekcje”.

Zapamiętaj sobie jedno: wyluzuj, bo nic nie musisz, a Twój Nowy Rok z postanowieniami może się zacząć równie dobrze 5 lutego, 30 kwietnia lub 15 lipca!

Postanowienia są ważne, kształtują Twoją rzeczywistość, ale muszą wychodzić głęboko z Twojego serducha, muszą być Twoje! Myślisz, że ja nie wpadałam kiedyś w błędne koło postanowień noworocznych, z których nic nie wynikało? W niektórych jakimś cudem udawało mi się wytrwać do marca! Myślałam, że jestem mistrzynią beznadziei, bo w połowie roku okazywało się, że jestem w czarnej dupie, ale… z mocnym postanowieniem, że „od Nowego Roku to już na pewno i od nowa, i tym razem na bank się uda, bo przecież mam pół roku, by się przygotować”. Wiesz, to tak, jak niektórzy mają z odchudzaniem „od poniedziałku”. Dopiero z biegiem lat dotarło do mnie, że te postanowienia albo tak naprawdę nie były mega ważne, albo czasowo wypadały w nie najlepszym momencie, albo nie były moje… a jeśli nawet moje były, to nie zadawałam sobie trzech zasadniczych pytań, do których musiałam dojrzeć:

Co? Dlaczego? W jaki sposób?

Szczególnie to „dlaczego?” jest ważne, ponieważ zadane sobie setny raz pozwala zrozumieć, czy to Twoje postanowienie jest w ogóle z Twojej bajki. Może się bowiem okazać, że to bajka męża, mamy, przyjaciółki, szefa, blogerki modowej z milionowymi zasięgami na Instagramie, sąsiadki z drugiego piętra, która tak bardzo Ci imponuje karierą zawodową (nie masz pewności, czy czasami nie myśli o odejściu z korpo…), albo gwiazdy telewizji śniadaniowej.

Dlatego, kiedy już podejmiesz jakieś postanowienie, czyli odpowiesz sobie na pytanie: co? (chcę zrobić to…, chcę pojechać do…, chcę się nauczyć… itd.), milion razy zapytaj siebie: „dlaczego?” – albo poczujesz, że z każdym „dlaczego?” odczuwasz w serduchu niesamowitą radość, pewność, że „to jest to!”, że każda komórka Twojego ciała gra z tym postanowieniem w jednej orkiestrze… i wtedy odpowiedź: „w jaki sposób?” przyjdzie sama, zupełnie naturalnie, bez wymuszania… albo nie poczujesz nic -zero, nul- i wtedy zarówno to postanowienie, jak i odpowiedź na pytanie: „w jaki sposób?” możesz sobie odpuścić. I nie masz czego żałować – właśnie zrobiłaś miejsce na postanowienie, które będzie Twoje! Całe Twoje i tylko Twoje!

Już dawno temu powiedziałam STOP wyścigowi szczurów i wiem, ile mogę i ile jestem w stanie udźwignąć. Oczywiście, jak u każdego są okresy, gdy niczym Syzyf pcham swój kamień pod górkę, gdy jakieś plany się posypią, coś pójdzie nie tak, z czymś się przeliczę, albo zwyczajnie dojdę do wniosku, że świadomie stanęłam przed jakimiś drzwiami, a po ich otwarciu okazało się, że po drugiej stronie jest nie to, czego oczekiwałam i lepiej wycofać się, będąc jeszcze w progu. To są sytuacje, które również pożerają czas, a czas to jedyna rzecz (oprócz ziemi), której pomnożyć nie można. Dlatego planuję! Też mam swoje cele, postanowienia oraz nawyki, z którymi pracuję. Ale nie wariuję i nie muszę nic „za wszelką cenę”, bo przeżyłam już trochę na tym świecie i dzisiaj wiem, że ta „cena” może być mocno przekombinowana.

Podsumowując… Planuj i wyznaczaj sobie postanowienia, pracuj nad nawykami, ale niech Twój 1 stycznia, Twój Nowy Rok będzie wtedy, kiedy Ty chcesz. Jeśli po „co? dlaczego? w jaki sposób?” doszłaś do wniosku, że jednak z Nowym Rokiem… czyli np. 10 lutego lub 1 kwietnia :) … chcesz iść na ten pilates, idź. Poczuj, czy to jest to. Jeśli tak, niech te  ćwiczenia wejdą Ci w nawyk, a kiedy już staną się cząstką Ciebie, bez której nie wyobrażasz sobie Twojego tygodnia, podejmij kolejne postanowienie. Takie wplatanie nowych rzeczy w te, z którymi świetnie sobie radzimy pozwala płynnie ogarniać czas i zapewniam Cię, że pod koniec roku zorientujesz się, że w taki naturalny sposób wplotłaś w swoje życie kilka nawyków, czy zrealizowałaś kilka celów lub postanowień, z którymi na bank nie dałabyś rady, rzucając sobie wyzwanie „Wszystko Razem Od 1 Stycznia”.

Powodzenia!

P.S. Wiem, że tym wpisem narażę się wielu blogerom, coachom od zarządzania czasem, mówcom motywacyjnym, ale ze mnie taki typ niepokorny, że zawsze mówię (piszę), co myślę, a powyższe przemyślenia wynikają z moich życiowych doświadczeń, a nie książek na temat rozwoju osobistego (które nb. także czytam… i nawet lubię, co nie znaczy, że zawsze się z nimi zgadzam i łykam jako prawdy objawione). Żaden też ze mnie psycholog – po prostu zwykły człowiek z doświadczeniem ;)